20 lipca 2014

Konkurs Wakacyjny

Witajcie kochani! 

Mamy LATO!! 

Wakacje w pełni, piękna pogoda dopisuje! Dlatego postanowiłam ogłosić konkurs "Konkurs Wakacyjny".  
Zasady konkursu są bardzo proste, wystarczy w komentarzu pod tym postem opisać jakąś wakacyjną przygodę, która zdarzyła się wam w te lub poprzednie wakacje. W komentarzu należy również pozostawić swój adres email. Każdy uczestnik może zgłosić tylko jedną historie wakacyjną. Najciekawsza historia zostanie nagrodzona! Wszystkich posiadaczy bloga proszę o wstawienie banera w pasek boczny. W konkursie mogą brać udział osoby mieszkające w Polsce. 

Zachęcam do obserwacji bloga lub polubienia fan page bloga, aby na bieżąco śledzić wpisy.



Tym razem nagrodami są nie tylko pocztówki, ale i wiele ciekawych rzeczy, które mogę zainteresować panie. Do wygrania jest między innymi zestaw pocztówek, kosmetyki, książka, słodycze. Paczka z nagrodą jest już zapakowana, czeka tylko na adres zwycięzcy! 
Powodzenia!

9 komentarzy :

  1. Z chęcią wezmę udział w konkursie :) Komentarz konkursowy dodam jak tylko będę miała dłuższą wolną chwilę ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak tylko znajdę więcej czasu na pewno się zgłoszę. Zaniedbałam sobie ostatnio postcrossing. :( U mnie do wygrania książka, tak wiec Ciebie też serdecznie zapraszam. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Moja przygoda nie zdarzyła się w tym roku, ale pamiętam ją dokładnie. ;) Jak co roku spędzałam wakacje na wsi u cioci. Spędzałam czas z moją przyjaciólką i jej rodzeństwem, którzy byli u babci. Pewnego dnia wybraliśmy się ze znajomymi na rowerach nad jezioro. Jechaliśmy tam 12km, ale było na prawdę świetnie. Pływalismy, gralismy w piłkę i dobrze sie bawiliśmy. Jednak najważniejsza byla droga powrotna. Kolejne 12 km na rowerach, słońce, zmęczenie i jazda przez polne ścieżki. Był to dzień "wyzwań", który wymyśliłyśmy z koleżanką. Z tego powodu co chwilę przewijały się jakieś pomysły typu "jak zrobisz to, to ja zrobie to. itp. Jechalismy już parę kilometrów, a do domu było daleko. Nagle zobaczyliśmy jakiegoś mężczyznę. Był ubrany "po roboczemu". Poplamione spodnie, przedarta koszulka, typowy "bamber" jak to się u nas mówi. ;) Po prostu gospodarz z krwi i kości. ;) Co jednak jest dziwnego w widoku rolnika stojącego na polu? Niby nic. Poza tym, że facet trzymał na sznurku krowę. Serio. Na sznurku... Wyprowadzał ją jak psa, czy co? Nie wiem, ale po chwili szoku wypaliłam do koleżanki "Mam dla ciebie wyzwanie. Pogłaskaj tę krowę!" Koleżanka nawet ucieszyła się z tego pomysłu, bo słynie z zamiłowania do krów (w sumie zwierze jak każde inne. Mnie sie nikt nie czepia, że kocham konie). Bała się jednak podejść do tego faceta, wiec jej siostra podjechała do niego na rowerze i powiedziała "Proszę pana, mamy taki challenge, żeby pogłaskać tą krowę. Możemy ją pogłaskać?" Patrzyliśmy na jego reakcję w napięciu. Chyba trochę przeraził go taki gang roweowy, ale powiedział, że jeśli się da pogłaskać to możemy. Na to moja przyjaciółka ruszyła do tej krowy na rowerze... Niezapomniany widok. ;) Krowa stała spokojnie, więc głaskała ją i wykonała zadanie. No i oczywiście cały dzień chodziła szczęśliwa. Do dzisiaj to wspominamy. ;)

    jagodagorna94@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak byłam na pieszej pielgrzymce z moją kuzynką na Kalwarii Pacławskiej, to pewnego dnia zginęło mi jedzenie. Miałam w worku różne zupki, gorące kubki i nagle zniknęły... Moja kuzynka niby nic nie wiedziała, a później się okazało, że przez przypadek wyrzuciła mój worek z jedzeniem, bo myślała, że to śmieci... Gdy znajomi się o tym dowiedzieli, to zaczęli grzebać w śmietnikach, które stały na podwórzu. Śmietników było z 10, bo nocowało tam kilka parafii. Niezapomniane przeżycie, gdy 10 osób grzebie w śmieciach, a 100 ludzi patrzy się jak na idiotów. Bez przyczyny też nie grzebali. Mi na tym już nie zależało, bo to jakiś majątek nie kosztowało, ale znajomi chcieli zupkę vifona, więc grzebali. W końcu kleryk wygrzebał. To było niesamowite, jak wyciągając worek ze śmietnika krzyczał: "Znalazłem!" Tłum ludzi się zrobił, bo byli bardzo ciekawi co znalazł. Ale jakaż radość była z zupki Vifona :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Moja historia zbyt śmieszna nie jest, ale to do tej pory najbardziej emocjonujące dla mnie zdarzenie wakacyjne, które zapamiętam chyba na zawsze... Rok temu w lipcu zadzwoniła do mnie koleżanka z liceum z zaproszeniem na spotkanie starej paczki w Wojniczu, gdzie chodziliśmy do szkoły. Pojechałam podekscytowana na ten "zlot" licealistów. Spędziliśmy miło czas w naszej ulubionej pizzerii, po czym pojechaliśmy do Tarnowa. Tam wyszliśmy na Górę Marcina aby jak za dawnych czasów zrobić wspólnego grilla. Czas szybko zleciał, nadszedł wieczór, rozstaliśmy się wszyscy już w centrum Tarnowa. Poszłam na dworzec skąd miałam pojechać do Krakowa odwiedzić jeszcze kolegę. W autobusie zasnęłam...po przebudzeniu się spojrzałam na zegarek nad kierowcą - była czwarta w nocy! Nie mogłam uwierzyć w to, więc chciałam sprawdzić na telefonie, która jest naprawdę godzina, przecież z Tarnowa wyjechaliśmy późnym popołudniem! I tu przeżyłam kolejny szok, bo w torebce nie miałam ani telefonu ani portfela. Zapytałam siedzącej przede mną kobiety, która nie spała o godzinę i o to gdzie jesteśmy. Okazało się, że naprawdę jest prawie poranek a my dojeżdżamy do Poznania... Pierwsza moja myśl "śni mi się to" szybko okazała się złudna po uszczypnięciu się. Za chwilę ogarnął mnie mały niepokój, ale już po chwili pomyślałam, że nie ma co się stresować, lepiej trzeźwo pomyśleć co dalej. Udało mi się - trafiłam na bardzo pomocnego kierowcę autobusu, który dał mi swój telefon, abym mogła zadzwonić do znajomego, mało tego udało mi się z nim ustalić, że zabierze mnie spowrotem do Krakowa, byle ktoś tam już czekał i zapłacił za mój bilet. Odjazd autobusu był za 4,5 godziny, więc przy okazji udało mi się trochę pozwiedzać Poznań, w którym nigdy wcześniej nie byłam. Tak więc na początku ogarnięta lekkim zdenerwowaniem, później cieszyłam się, że przespałam swój docelowy przystanek :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o e-mailu oczywiście też zapomniałam: wiolkatee@gmail.com

      Usuń
  6. W zeszłoroczne wakacje wybrałyśmy się z koleżankami do Wiednia, a stamtąd do Bratysławy. Siedziałyśmy sobie na murku zamku podziwiając okolicę, gdy koleżanka zauważyła, że pewien Azjata w średnim wieku robi nam zdjęcia. Gdy wszystkie na niego spojrzałyśmy po prostu wymieniliśmy uśmiechy, ale gdy chwilę potem przechodził obok nas razem z całą wycieczką koleżanka porwała go i zaproponowała wspólne zdjęcie. Szybka fotka i już chciałyśmy wrócić do podziwiania krajobrazów, ale nagle okazało się, że cała wycieczka chce sobie zrobić z nami zdjęcia! I tak przez jakieś 20 minut pozowałyśmy na zmianę z różnymi członkami grupy, kobietami i mężczyznami w każdym wieku, a wszystkie nasze "pozy" i uśmiechy zostały sowicie obfotografowane przez każdą osobę należącą do wycieczki (choć kto wie, czy tej sceny nie fotografował ktoś jeszcze ;). Udało nam się ustalić, bardziej na migi niż wymianą zdań, że byli to ludzie z Chin (ani oni nie znali angielskiego, ani my chińskiego, ale zupełnie nam to nie przeszkadzało). Czasem się zastanawiam, co mówili swoim rodzinom i znajomym, przeglądając taką ilość zdjęć z trzema przypadkowymi małolatami. Żeby było jeszcze fajniej, tego dnia pokochałam Bratysławę, ale to już zupełnie inna historia... ;)

    email: shire@10g.pl

    OdpowiedzUsuń
  7. Turkusowe niebo, morze skąpane w słońcu, na złoto opalone ciała i żaglówka, czego chcieć więcej? W kilka osób wyruszyliśmy na parę dni popływać po Bałtyku, by poczuć wolność, wiatr we włosach, poczuć się jak w siódmym niebie i dobrnąć "w skowronkach", pełni wrażeń do Sztokholmu. I nagle dziwna sytuacja- jednemu z moich znajomych złamał się ząb- górna jedynka i wpadł do morza, wielka rozpacz, a żeglowaliśmy do Szwecji, gdzie w porcie czekała na tego kolegę narzeczona- po przypłynięciu do portu mieli wziąć ślub i miało być huczne weselicho. Więc co począć? Ano koleżanka- świetna pływaczka od razu dała nura do wody, ale szybko powróciła- nie z zębem kolegi, ale z małą rybką w buzi- wiem, że może wydawać się to nieprawdopodobne, ale tak było. I zaczęły się żarty, że jesteśmy teraz w bajce i że jeśli wypowiemy życzenia do złotej rybki, to zostaną one spełnione. Każdy wypowiedział 3 życzenia, a że zaczęło robić się ciemno, zaczęliśmy z żaglówki puszczać lampiony, efekt niesamowity. Tylko my, granatowa otchłań i światełko w górze, ech romantyczny widok. Można zakochać się w takim krajobrazie, nie trzeba brać ślubu...A szum fal, który nam towarzyszył nie tylko nas relaksował, przenosił w inny wymiar, dodawał skrzydeł, ale i karmił nasze ciało i duszę. Pełni wrażeń posililiśmy się suchym prowiantem, zaśpiewaliśmy szanty i przy dobrych wiatrach dopłynęliśmy do Szwecji. A przywitała nas Ahne- szwedzka wybranka serca Igora, który dotarł do portu szczęśliwy, choć bez przedniego zęba.

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za odwiedziny oraz komentarze! ;)
Twoja opinia na temat bloga czy zamieszczanych
postów jest dla mnie bardzo ważna. :)